Czerwcowe słońce, śpiew cykad, aromat włoskiego espresso o poranku i… ja, naczelna jesieniara, w podróży kamperem przez północne Włochy! Bo kto powiedział, że jesieniary działają tylko jesienią? Mój styl życia to całoroczny vibe, pełen wełny, świeczek, ciepłego światła i małych codziennych rytuałów — nawet jeśli za oknem palmy, a termometr pokazuje 35 stopni.
Ta wyprawa to dowód na to, że jesieniarowy klimat można zabrać wszędzie — nawet na południe Europy. A że kocham podróże, szczególnie te rodzinne, kamper stał się naszym małym domem na kółkach. Dzisiaj opowiem Wam, jak wyglądała nasza trasa, co warto zobaczyć, na co zwrócić uwagę przy pakowaniu oraz jak nie stracić ukochanego klimatu przytulności, będąc w podróży.
1. Sirmione – cytrynowy raj nad jeziorem Garda
Pierwszy przystanek — Sirmione, prawdziwa perełka nad jeziorem Garda. Malutkie, urocze miasteczko z wąskimi uliczkami, kolorowymi fasadami i klimatem jak z bajki. Zamieszkaliśmy na kempingu Sirmione niemal w centrum — dosłownie kilka kroków od starego miasta. I tu ważna wskazówka: nie ma sensu pchać się autem do środka — Sirmione zwiedza się rowerem! Rowery można wypożyczyć na każdym kroku i to naprawdę za grosze. Nasz wypożyczalnia była dosłownie 150 metrów od kempingu.
Każda jesieniara wie, że obowiązkowym punktem każdej wyprawy są… lody. A w Sirmione gelato to niemal religia – w samym centrum znajduje się kilkanaście lodziarni ustawionych jedna obok drugiej. My spróbowaliśmy łącznie sześciu różnych smaków (cytrynowy, pistacjowy, figowy… – nie pytajcie, nie żałowaliśmy). Koniecznie spróbujcie też domowej lemoniady z lokalnych cytryn, z których słynie ta okolica. Idealna na orzeźwienie po rowerowej przejażdżce.
Wieczory spędzaliśmy przy otwartym kamperze, w świetle bawełnianych lampek i z chłodną herbatą hibiskusową z widokiem na jezioro Garda. Tak, kemping Sirmione oferuje widok na jezioro wprost z parceli. Ja dziergałam nową poszewkę na poduszkę z lnianej włóczki (idealna na lato!), a dzieci grały w planszówki przy świetle girland. Córka zakupiła specjalnie na wyjazd nowy komplet girland, które dawały cudowny efekt zarówno na postoju jak i w trasie.
2. Mediolan – włóczki, vintage i noc przy torach
Z Sirmione ruszyliśmy do Mediolanu, czyli włoskiej stolicy mody i… włóczkowych łowów. Nasz kamper zaparkowaliśmy na miejskim, płatnym parkingu tuż przy torach kolejowych. Na tym parkingu akceptują nocowanie w kamperze. Czy było cicho? Nie bardzo. Ale lokalizacja była złotem: tuż przy Zamku Sforzów, skąd zaczęliśmy piesze zwiedzanie aż do samego Duomo.
Dla mnie Mediolan to obowiązkowy przystanek zakupowy — ale nie do galerii handlowych. Zajrzałam do kilku cudownych second handów, gdzie wygrzebałam lnianą sukienkę, retro sweter i przepiękną apaszkę. Każdy ciuch z historią — idealny dla sentymentalnej duszy jesieniary. Polecam second handy w Mediolanie, są naprawdę wyjątkowe choć nie wszystkie oferują fatałaszki na moją kieszeń. Trzeba trochę poszukać ale naprawdę warto.
No i oczywiście… nowe włóczki! Mam taką tradycję – z każdego większego miasta przywożę choć kilka motków. W Mediolanie trafiłam na mały sklepik prowadzony przez starszego Pana, który miał motki w kolorach włoskiego lata – oliwki, terakoty i szafranu. Czy mogłam się oprzeć? Nie mogłam.
Wieczorem – po 25 tysiącach Mediolańskich kroków, pysznej kolacji (kucharz przygotował dla mojego syna carbonarrę, której nie było w menu) i powrocie do kampera o 23:00… poszliśmy spać i nawet hałas z pobliskiej zajezdni nam w tym nie przeszkodził.
3. San Vincenzo – przerwa na relaks i zachód słońca z winem nad morzem
Po miejskich przygodach przyszedł czas na relaks. Dzieciaki fantastycznie znosiły zwiedzanie, więc teraz czas na to co tygryski lubią najbardziej. San Vincenzo to zupełnie inna bajka – ogromny kemping hu Park Albatros village z basenami, animacjami dla dzieci, blisko plaży i absolutnym wakacyjnym luzem.
To miejsce to raj dla rodzin – dzieciaki miały swoje wodne eldorado, a ja wreszcie mogłam dokończyć swój bawełniany kocyk w pastelowe paski, który zaczęłam jeszcze w Polsce. Wieczory spędzaliśmy na plaży –piknik na kocyku, włoskie wino, zachód słońca i szum fal. W takich chwilach czuję, że życie może być naprawdę piękne – proste, ale pełne.
W kamperze włączyliśmy tryb totalnego chilloutu: wieczorem zapalałam lampki-kulki cotton balls, rozkładałam lniane zasłony i puszczałam moją ukochaną playlistę „Letnia Jesieniara” (głównie akustyczne ballady i jazz). O poranku przygotowałam dla wszystkich koktajl z brzoskwiń, bananów i mleka owsianego – zimny, gęsty, idealny na podróż w upale. Na kempingu jest naprawdę dobrze wyposażony sklep. Spędziliśmy tam dwie noce i zdecydowanie naładowaliśmy baterie na kolejne miejskie wyzwania.
4. Piza i Florencja – szybkie zwiedzanie i piękne wieczory
W Pizie zatrzymaliśmy się tylko na chwilę – głównie po to, by dzieci mogły zobaczyć słynną Krzywą Wieżę i porobić obowiązkowe zdjęcia z „podpieraniem”. Niestety – tłumy były ogromne, skwar niemiłosierny, a dookoła niewiele więcej do zobaczenia. Po krótkim spacerze i porcji lokalnej ceciny – chrupiącego placka z ciecierzycy – wsiedliśmy z ulgą z powrotem do kampera i ruszyliśmy do Florencji.
Nasz parking znajdował się niedaleko centrum, co pozwoliło na romantyczne wieczorne zwiedzanie miasta. Na starówkę dojechaliśmy komunikacją miejską (kilka przystanków z parkingu). Następnie ruszyliśmy na wieczorny spacer w stronę Katedry Santa Maria del Fiore (Duomo) z charakterystyczną kopułą Brunelleschiego, przeszliśmy przez Piazza della Signoria z kopią Dawida Michała Anioła, aż dotarliśmy na słynny most Ponte Vecchio, gdzie złoto w witrynach mieni się od setek lat.
Florencja to uczta wizualna, duchowa i… kulinarna. Lokalne crostini toscani, kieliszek rubinowego Chianti, zupka ribollita, delikatne pici cacio e pepe – i znów czułam, że ta podróż to nie tylko miejsca, ale też smaki, które zostaną ze mną na długo. Spacer po wieczornej Florencji, z oświetlonymi zabytkami i pustymi uliczkami, był magiczny. Nie potrzebowaliśmy więcej – wystarczyła ciepła bluza, aparat, lody z lokalnej gelaterii i Ja, z notatnikiem w ręku, szkicująca pomysł na nowy projekt na drutach inspirowany renesansowymi wzorami.
Wenecja – pożegnanie w romantycznym stylu
Na zakończenie podróży odwiedziliśmy Wenecję – dla mnie wyjątkowe miejsce. To tu, 19 lat temu, mąż zabrał mnie w tajemniczą podróż i… oświadczył mi się na moście westchnień. Powrót w to miejsce był więc… wzruszający. Kampera zostawiliśmy na kempingu Venezia Village przed miastem i ruszyliśmy do Wenecji autobusem.
Wenecja wciąż pachnie wodą, starym drewnem i kawą. Zwiedziliśmy wszystko, co trzeba: Plac św. Marka, Bazylikę, Pałac Dożów, romantyczny Most Westchnień i dziesiątki wąskich uliczek, w których można się zgubić – i absolutnie nic z tego nie robić.
W przerwie między zwiedzaniem usiedliśmy na cicchetti – małe kanapeczki z lokalnymi dodatkami: anchois, serkiem z ziołami, oliwkami. Do tego obowiązkowy Aperol Spritz i na koniec… najlepsze tiramisu, jakie jadłam od lat.
To było piękne zakończenie podróży – z nutą nostalgii, ale też nową energią. W moim plecaku – nowe motki, zakupione u cudowniej Pani w sklepie Lellabella w samym środku Wenecji, świeże inspiracje i głowa pełna planów na kolejne wpisy blogowe.
Na koniec jeszcze wskazówki jak utrzymywaliśmy jesieniarski klimat w kamperze?
- Bawełniane girlandy LED – lekkie, klimatyczne i nie nagrzewają się.
Zasłony z lnu lub muślinu – lekkie, przewiewne, ale przytulne.
Mały głośnik Bluetooth – nic nie tworzy nastroju lepiej niż muzyka.
Zapas włóczek i projekt w toku – na wieczór przy lampce wina albo poranek przy kawie.
Ulubiona świeczka zapachowa w słoiczku (sojowa!) – nawet na kempingu zapach herbaty z malinami zrobi swoje.
Mini zestaw do herbaty – mój to: kubek emaliowany, zaparzacz i mieszanka rooibosa z lawendą.
Podsumowanie
Podróż kamperem po Włoszech to niezapomniana przygoda. Ale dla mnie to też dowód na to, że jesieniarą można być zawsze – nawet w czerwcu, nawet w 40 stopniach. Bo to nie temperatura, a klimat, który tworzysz wokół siebie. Jeśli masz kocyk, lampki, włóczkę i herbatę – jesteś w domu.
A teraz… czas zaplanować kolejną trasę.